Czytajcie, aż będzie wam łużowo.

sobota, 5 grudnia 2015

 Marta Kisiel – Dożywocie
Uroboros

Sięgnąłem tedy po książkę. Nie byłoby to na pozór niczym dziwnym, gdyby nie drobny fakt. Nie miałem wcale zamiaru jej czytać, Cthulhu mnie w końcu podkusił, pewien Zacofany (acz nie konserwatywny) do-kusił do końca i voilà przeczytaną jest, czy jakoś tak… Czy widzę w tym coś złego? No jest taki jeden drobiazg. Nigdy (nie mów nigdy), w każdym razie z reguły, nie czytam opinii o książkach, którym mam zamiar przyjrzeć się bliżej. W związku z tym, że o Tej czytałem, słyszałem, byłem atakowany okładką prawie codziennie od kilku lat, to pewnie po jej przeczytaniu, grzecznie wyłączyłbym czytnik i odstawił go na półkę, gdyby nie nagły atak zdziwienia. No jak to tak? To jest Ta powieść, o której czytałem już setki razy? Wszyscy piszą w zasadzie podobnie. Tysiące czytelników w czapeczkach z mniej, lub bardziej gustownymi, różowymi uszkami, opowiada o Tej powieści śliczności, a ja? Przecież ja czytałem zupełnie coś innego! Niby detale się zgadzają, wszystko jest na swoim miejscu, a powieść jakby inna… To może i ja parę słów w trybie sprostowania?

Śródpis 1. Prawda jest taka, że pomimo unikania przez piszących spoilerów, po przeczytaniu dostatecznie dużej ilości opinii, nie tylko blogowych, to nawet utworu czytać nie trzeba. Każde wypowiadające się coś tam chlapnie językiem czy klawiaturą i już. Jeśli pozbierać razem, to już to nawet streszczenie nie jest, tylko detaliczny opis akcji i bohaterów.

Rozumiem, że mnie nie rozumiecie.

Zacznijmy więc od początku. Pewien pisarz, dajmy na to Konrad R. (w zasadzie to ciągle pisarz in spe), otrzymuje w spadku dom w atrakcyjnym wiejskim obszarze, tyle, że objęty umową dożywocia. Znaczy dożywotników mu szacowny, bliżej nieznany, krewniak dołożył, jako bonus do wiejskiej posiadłości. I on tak chętnie się godzi, ba wręcz entuzjastycznie rzuca wszystko (łącznie z dziewczyną)…

Śródpis 2. No dobrze była lekko wredna, gadatliwa i apodyktyczna. Niby to jakiś wyjątek? W zasadzie norma, prawie. …bez spoilerów. …na razie.

…i pędzi swoim Tico tam, gdzie Cthulhu mówi dobranoc? Bo niby bez wiejskich krajobrazów i zapachów natury, to już książki nie można napisać? Mało, osioł jeden, nawet nie sprawdza kogo sobie bierze na dożywocie? Mogę mieć o pisarzach różne zdanie, ale są pewne granice. Psychologicznie cała sytuacja jest niewiarygodna.

Śródpis 3. Pomijając fakt, że gołym okiem widać, iż Ałtorka…

Śródpis 3a. Pisownia jak najbardziej prawidłowa. Z zadowoleniem przyjmuję fakt iż Marta Kisiel należy do zacnego grona obrońców polszczyzny, zresztą piszący te słowa też. Otóż należy przeciwstawić się różnorakim próbom upraszczania naszej ojczystej mowy, przez różnych takich niedouków. Rozumiem, że fonetyka, morfologia, gramatyka i co tam jeszcze, naszego języka jest dziwna. Obecność dwuznaków, dwugłosek, konieczność korzystania ze znaków diakrytycznych przy pisaniu jest męcząca… Stąd na przykład próby poprawy ortografii przez redukcję tychże „niepotrzebnych” znaków. Nie tylko ortografii, bo następuje także redukcja używanych wyrazów, oraz zbędnej deklinacji i koniugacji. Tylko na Cthulhu nie tędy droga. Jesteśmy o krok od przejścia na poziom pidżin polski i to w wersji uproszczonej! Oczywiście nie jestem zwolennikiem znaczącego powiększania języka o nowe wyrazy, a co za tym idzie alfabetu o nowe znaki. Propozycje rozszerzenia naszego alfabetu o znaki z tengwaru czy cirthu uważam za mało poważne. No bo ile poziomów musiałaby mieć klawiatura? Ja ledwie pamiętam te cztery, których używam. Słowa z quenya czy sindarinu można zapisywać fonetycznie. Prawda? Zresztą rozpisałem się, a chodzi o taki drobiazg jak zapisywanie słów o identycznym brzmieniu, lecz różnym znaczeniu, w różny sposób. Jak „może” i „morze”. W tym przypadku chodzi o „autor/-ka” i „ałtor/-ka”. No jak to nie widzicie różnicy? Różnica jest podobna jak w słowach autokreacja i ałtokreacja, gdzie autokreacja to przecież proces tworzenia nowego modelu samochodu (auta) od podstaw (projekt) do pierwszych modeli produkowanych nieseryjnie.

…ściemnia. Otóż jeśli był to spadek, to szacowny spadkobierca musiał udać się do odpowiedniego dla miejsca zamieszkania Urzędu Skarbowego. Nikt mi nie powie, że ktokolwiek, kto załatwiał tego typu sprawę w tym miejscu jest w stanie wyprzeć z pamięci tak traumatyczne przeżycie. I co ani jednego zdania na ten temat, żadnej skargi na ciężki los spadkobiercy? Bo niby zapomniał? Akurat! Ściema i tyle.

Rozumiem, że Konrad miał ciężki okres w swojej „karierze”, deadline, prokrastynacja i brak weny zaowocowały depresją. Facet w takim stanie, to idzie z kumplami do pubu, głosi całemu światu …że jest nieszczęśliwy i tenże cały świat go nie rozumie, łącznie z tą wredną babą jego agentką, która tylko dwa słowa zna „pisz” i „termin”, wampirzyca jedna, oraz, że gdyby nie ten wredny świat i cała agentka (a może odwrotnie), to on by śliczności arcydzieła masowo produkował, a co jedno to coraz większy bestseller do tego …i w ogóle …i znowu, nie wiedzieć czemu, piwo mu ktoś podprowadza z kufla, musi w pubie się Cthulhu zalęgły…
Spuśćmy zasłonę milczenia. Chyba, że po kilku niewielkich kuflach biedny pisarz wpadnie na dobry pomysł. Mianowicie taki, że potrzebuje fachowej pomocy, terapii można by rzec. Ciepło, ciepło …i może pomyśli, że piwo się samo z kufla nie teleportuje …i tak baranie zajrzyj do tego kufla wreszcie!

Nie bez powodu piszę o wizycie w pubie. Taki musiał być nieopisany przez Ałtorkę początek. Przywołam tedy znawcę tematu i wieszcza w jednej osobie, który (podobno z autopsji) opisał to tak:

Diablik to był w kuflu na dnie,
Istny wydawca, sztuczka kusa;
Skłonił się gościom układnie,
Poprawił podkoszulek i dał susa.

Czy suponuję więc jakąś nie-do-końca-przyrodzoną sytuację? Poniekąd… No bo któż to potem wita Konrada w Lichotce jak nie niejaki Szymon Kusy? Podobno sąsiad, bardzo, ale to bardzo, podejrzanie bardzo, zorientowany w sprawach Lichotki…

Śródpis 4. Ja, broń mnie Cthulhu, nie sugeruję, że Konrad podpisał jakiś cyrograf proponując duszę w zamian za karierę literacką. No co Wy. Co to on Faust jakiś? Twierdzę, że chodzi tutaj o zwykły deal biznesowy. Bo na co komu w XXI wieku dusza? W grę wchodzi co najmniej wyłączność dystrybucji bestsellerowej książki. Mamy trudny rynek, co nie? Nazwiskiem też bym się nie sugerował. To „Kusy” wygląda na pseudonim. Nasze lokalne diabły, przepraszam patriotów, to jeden w drugiego analfabeci byli. No dobrze, są nieliczne wyjątki… Tu jakiś cudzoziemiec, na miarę Wolanda czy Mefistofelesa w grę wchodzi!

A ta cała Lichotka to niby czemu się tak nazywa, że licha jest, albo, że Licho wie gdzie leży?

Śródpis 5. Cthulhu wie. Licho to nie bardzo, bo to pierzaste Kubusio Puchatko to jest mało ogarnięte, przynajmniej początkowo… (Jednak coś z tą naszą gramatyką to trzeba zrobić.)

Otóż nie, postawmy wreszcie sprawę jasno, ta cała Lichotka to prawie-pięciogwiazdkowy Dom Pracy Twórczej, w skrócie DPT, (taki eufemizm, Sanatorium czy Klinika brzmi jednak brutalnie) dla ałtorów/-ek czujących się licho, czy też będących w lichym stanie.

Śródpis 6. Warto sobie zadać pytanie, skąd u Ałtorki taka znajomość tematu, detaliczna rzekłbym. Bo to, że Konrad jest lustrzanym alter ego Ałtorki to łatwo się uważny czytelnik dopatrzy. Czyżby, ale to już moja hipoteza, były tu ałtobiograficzne wątki z czasu pisania jej debiutanckiej powieści o tytule, o ile dobrze pamiętam „Dożywocie”? Słucham? Że ja niby piszę o „Dożywociu”? Ciekawy przykład zapętlania rzeczywistości z literaturą…

Malkontentom kręcącym nosem, że niby kto o zdrowych zmysłach funduje pismakom pisarzom/-kom takie atrakcje, to delikatnie zwrócę uwagę, że o kurę znoszącą złote jajka trzeba dbać bardziej niż o kurę znoszącą zwykłe jajka, nawet z wolnego chowu. Któż lepiej niż diabli wie (oczywiście, że Cthulhu wie lepiej) co będzie bestsellerem, blogerzy książkowi może???? (Uśmiałem się na tę sugestię, Wy pewnie też?) Hmmm… chociaż niektórzy wiedzieli, więc powstaje pytanie skąd? – generalnie podejrzana sytuacja i należałoby niektórym «no tym i owym, sami wiecie» spojrzeć na klawiaturę czy śladów po pazurach, czy innych mackach, nie widać?
Wracając do naszego DPT – gdzie, jeśli nie w leżących na uboczu ośrodkach, można prowadzić mykoterapię czy fitoterapię (ziołolecznictwo)?

Śródpis 7. Nie powinienem tego robić, wiem. Z pewną obawą podam Wam najbardziej popularne gatunki używane w tych terapiach. Tylko błagam, nie róbcie tego na własną rękę, to trzeba pod fachową macką fachowym okiem fachowca robić. Niech Was Cthulhu broni przed samodzielnym dawkowaniem. Z grzybów to Amanita phalloides niebezpieczny w większej (hmmm… każdej?) dawce; jeśli chodzi o zioła to Spinacia oleracea – może prowadzić do zatrucia metalami nie-koniecznie-ciężkimi i Rumex – w większych dawkach prowadzi do znacznego zakwaszenia organizmu. Czujcie się ostrzeżeni!!!
Co to za pytanie skąd wiem? Bloger też piszący, to może się licho poczuć czasami…

Krótkie spojrzenie na postaci kilka… (Uwaga spoilery!)

Ostrzeżenie przed spoilerami jest śmieszne, wiem. Kto miał przeczytać to przeczytał, pewnie byłem ostatni albo przedostatni, ale wypada zamieścić.

Licho.
Podobno anioł i to Stróż?
Nie będziemy się z Ałtorką wykłócać, ale widać u niej pewne luki w dziedzinie angelologii. Otóż jakby spojrzała do literatury fachowej, to byłoby dobrze. Nie tak znowu dawno temu, profesor Neil Gaiman w kanonicznym dziele angelologii kryminalno-klinicznej pod tytułem „Neverwhere” udowodnił jasno, że anioły to nie dość, że żadnych skrzydeł nie mają (żadnego pierza, co one kury czy inne ptactwo), to jeszcze charakter mają, delikatnie mówiąc, wredny, no socjopatyczny wręcz. Do tego wszystkiego Licho nie może być Stróżem. Brak jakiejkolwiek wiedzy o seksualności człowieka dyskwalifikuje je natychmiast! No nawet po znajomości nie dostałoby certyfikatu! Przecież jak ono miałoby chronić podopiecznego przed łamaniem najważniejszych przykazań: szóstego i dziewiątego? Gdyby chodziło o piąte, siódme czy ósme przykazanie, to wiadomo nikt ich poważnie nie traktuje, ale tamte dwa?
Patrząc na zachowanie Licha, przypominające kogoś kto się w główkę walnął (bamboszki? pastelowe kolory?), łatwo można wywnioskować, kim ono jest naprawdę. Otóż urazów głowy nabywa się podczas upadków, prawda? No i proszę, Licho jest upadłym aniołem! To co bierzemy za alergię to typowe objawy zmiany skóry, a różne takie dziwactwa, to rozkojarzenie czy może raczej rozchwianie emocjonalne, nic dziwnego dla dość traumatycznej początkowo sytuacji!
Co do obowiązków to sprawa jest oczywista – ono jest Administrujące DPT, przecież widać? Słucham? Że niby Administrujące nie sprzątają? No moi drodzy, nie na darmo klasyfikacja ośrodka jest prawie-pięciogwiazdkowy. Jak widać, nawet w diabelskim biznesie nepotyzm kwitnie. Otóż część ekipy, jak konserwator, ogrodnik, pokojówki i sprzątający, jest zatrudniona ewidentnie po znajomości. Otóż oni i one zajmują się głównie topieniem smutków w żywej wodzie (stąd ich zbiorowe określenie Utopce) i w rzyci mają obowiązki. Cóż, jak pracownicy nalewalają to Administrujące musi pracować!
Należy przyznać, że podczas bytności Konrada Licho coraz bardziej się ogarnia, ale to znaczy chyba, że negatywne skutki upadku mijają.

Krakers
Krakers to znakomity fachowiec i terapeuta (zupa grzybowa na przykład) potrafiący znakomicie pracować z ludźmi i nie tylko ludźmi (hmmm… psami? yorkami?). Niech mnie Cthulhu broni, żebym kiedykolwiek powiedział na niego chociaż jedno złe słowo!

Zmora
Teoretycznie kotka(?).
Pewne wskazówki: sypianie z Konradem, krwawe ślady po pazurach, dość jednoznacznie wskazują na to, kim jest naprawdę.
Wyjaśnienie 1. Stwierdzenie, że Zmora jest zwykłym sukkubem jest naiwnością. Mam niepokojące i graniczące z pewnością podejrzenie, że to sama Pani Lilith. I ani słowa więcej nie powiem…

Rudolf Valentino
Teoretycznie królik(?).
Sytuacja jest delikatna. Nie będę jej zaglądał gdziekolwiek, czy to w uszy czy to pod ogon. Lepiej zostawić ją w spokoju, dobrze radzę i niech Was kolor nie zmyli…
Wyjaśnienie 2. Podejrzewam, chociaż w zasadzie to wiem, że jest awatarem (wcieleniem) naszej Pani IPU (Invisble Pink Unicorne). Bogini wcielając się, prawdopodobnie po raz pierwszy, popełniła kilka błędów. Błędy, co do koloru i płci dało się naprawić, niestety na to, że jej się kompletnie królik z jednorożcem pomylił nie było już rady. Jak ktoś chce się z Naszej Pani naśmiewać to niech się dobrze zastanowi, gniew bogini potrafi być wielki i wtedy to tylko Cthulhu może Wam pomoże (przykład w książce jest), a może nie. Poza tym jak ktoś jest niewidzialny, to ma prawo nie wiedzieć jak wygląda, prawda? W lustrze się nie przejrzy! No i niesmaczne pytania o to, skąd się wzięło potomstwo są nie na miejscu – wolno jej mieć, samo się wzięło zrobiło!

Szczęsny
Duch.
Bardzo ważna postać, o jego ewentualnej roli w DPT wspomnę później.

Carmilla
Agentka literacka Konrada. Typowa krwiopijczyni. Taka profesja. Z pewnych, dość oczywistych, względów Konrad mógł być spokojny o swoją krew.

Rodzaje piszących a terapia w DPT

Otóż generalnie piszący dzielą się na trzy kategorie. Trudno tak poważne rozważania zmieścić na małej przestrzeni wpisu blogowego, ale postaram się choć odrobinę naświetlić sprawę.

I. Przede wszystkim pisać.
Bardzo popularna grupa. Kiedyś, jakże niesłusznie, nazywano takich ludzi grafomanami. Obecnie grafomani znajdują się we wszystkich trzech kategoriach, niestety. Przykłady bardziej szczegółowe to ewidentni grafomani, początkujący pisarze, czy blogerzy (generalnie wszyscy). Nie podlegają terapii. Konrad już nie należy do tej kategorii.

II. Przede wszystkim wydać.
Bardzo niebezpieczna grupa. Znowu, wydawać by się mogło, że megalomańscy grafomani stanowią jej trzon, ale to obecnie już nie do końca prawda. Dzieli się na trzy podgrupy:
1. Są gotowi płacić za wydanie swych dzieł. Nie podlegają terapii. Ich pieniądze, ich książki!
2. Stosują terapię, ale… Lichotka była przygotowana na taką terapię (w zasadzie paraterapię). Mówię o modnym obecnie nurcie duchopisarstwa. (Już wiecie, po co był Szczęsny?). Niestety metoda jest dość ryzykowna, dość trudno o dobrego duchopiszącego. Szczęsny jest tego najlepszym przykładem, hard science fiction, ani porządnego kryminału noir nie napisze… To znaczy on uważa, że napisze, ale ja bym nie ryzykował, są pewne granice śmieszności.
Decydujący się na nią, zwykle celebryci, mają odmienne zdanie, ich sprawa! Konrad, za to mu chwała, nie był zainteresowany taką paraterapią.
Ciekawostka. Kiedyś wynajmowano w tym celu Afroafrykanów.
3. Publikujący w Internecie, na przykład blogerzy.

III. Pisać i wydać
Sprawa jest oczywista. Oprócz szacownych Ałtorek i Ałtorów widzę w tym gronie silną reprezentację wydających w Internecie blogerów książkowych. Poprzednie określenia „blogerzy” nie obejmowały oczywiście naszego grona, no bo jakże tak!
Podlegają terapii, nawet chętnie! Konrad jest najlepszym przykładem.
Uwaga! Niestety nie można wykluczyć obecności w tej grupie grafomanów. Tu wskazówka! Wbrew pozorom najwięcej grafomanów umościło sobie gniazdka nie w nurcie popkulturowym, bo tu łatwo ich wykryć, tylko w nurcie tak zwanej literatury wysokiej oraz literatury ambitnej, szczególnie eksperymentalnej czy nowatorskiej. Tam są niewykrywalni! Każde oskarżenie o grafomanię jest odpierane prostym argumentem „czytelnik jak jest za głupi na ambitną literaturę, to nic nie rozumie i tyle”!

Oczywiście w ramach tej kategorii możemy dokonywać dalszych podziałów, ale zostawmy to teoretykom literatury, ja pozwolę sobie tylko na rozpatrzenie jednego przykładu, czyli Ałtorki.

O pewnym szczególnym przypadku z kategorii „Pisać i wydać” na przykładzie Marty Kisiel

Marta Kisiel stanowi wręcz wzorcowy przykład pewnej odmiany Ałtorów. Mam na myśli odmianę zwaną potocznie drapieżnikami literackimi. Nie dajcie się zwieść pozorom. Są to zwykle mili i uprzejmi ludzie, którzy mówią, że ich czytelnicy to najwspanialsi ludzie na świecie i oni, Ałtorzy, to kochają tych swoich czytelników nad życie! Oczywiście jedzonko jest ważne. Wiem, że tego nie widzicie, ale jesteście ofiarami! Ałtorka, w co mi na pewno nie uwierzycie, pisząc swoje powieści zastawia na Was pułapkę. Ona żywi się Waszą energią psychiczną! Przywiązuje Was do siebie! Innych Ałtorów już tak chętnie nie czytacie, prawda? Tylko Jej książki, nawet po kilka(naście) razy! Doszły mnie słuchy, że Marta Kisiel zaczęła ostatnio znakować swoje ofiary. Tak, tak, powiecie, że Ona te stempelki to w książkach stawia. Akurat! Nawet byście nie zauważyli jakby Was nawet rozżarzonym metalowym stemplem znakowała! Ba, sami byście się podstawiali …i nawet nie wiecie, że łużowe uszka macie! Wiem, bo zauważyłem u tych, których na żywo widziałem, nie mówiłem przez grzeczność.
Nie twierdzę, że Marta Kisiel jest jedynym drapieżnikiem literackim. Oczywiście, że nie. Każdy pisarz otoczony kultem i uwielbieniem jest drapieżnikiem. Tylko biedne ofiary psychowampiryzmu literackiego tego nie widzą. Muszę podkreślić tu z cała mocą, że wielce naganna wydaje mi się postawa blogerów książkowych, pełniących rolę naganiaczy. Wstydźcie się!

No cóż, istnieje jednak sprawiedliwość i równowaga na tym świecie. Układ drapieżnik-ofiara nie jest wcale tak oczywisty. Otóż, prędzej czy później, u drapieżnika pojawia się tak zwany syndrom sztokholmski.

Śródpis 8. Nazwa bierze się od miasta gdzie przyznaje się pewną znaną Nagrodę Literacką. Oczywiście określenie nagroda literacka jest śmieszne, bo ani ona nie jest za literaturę tak naprawdę, ani jej literaci nie przyznają.

Taka drapieżniczka nie potrafi już żyć bez swoich ofiar, mało, czuje się w obowiązku spełniać ich zachcianki, no bo one są jej, osobiste, te ofiary, prawda? Ofiary zaś domagają się w zasadzie jednego „pisz Ałtorka, pisz!”. Nie, nie powiem, dobrze im tak tym drapieżnikom. Ale trochę to Ałtorce jednak współczuję… Trzeba było zostać grafomanem, bo im to chociaż wszystko jedno co piszą, a Marcie Kisiel to już nie wypada pisać byle czego i byle jak! Powodzenia w łowach!

Podsumowanie niepoważne, w odróżnieniu od reszty wpisu

Czytałem „Dożywocie” wiedząc dobrze, że to nie moja fantastyka. Stąd pewna trudność, bo oczywiście moje nastawienie musiało być „skrzywione”. Cóż zatem znalazłem? Otóż znalazłem, przede wszystkim, powieść popkulturową! Oczywiście każde z nas jakoś klasyfikuje książki, przypisuje do określonych, sobie właściwych, odmian. Cóż zatem zrobiłem? Na czas lektury uwierzyłem w świat wykreowany przez Martę Kisiel i łatwo już zobaczyłem znakomity surrealizm powieści. Pełen magii surrealizm!

Śródpis 9. Jeżeli ktoś się teraz drapie po głowie z dziwnym przeświadczeniem, że piszącemu te słowa odbiło podczas lektury, to dementuję te wredne plotki. Piszącemu odbiło dużo wcześniej, każdemu kto ma na koncie tysiące przeczytanych książek odbija. Uwierzyłem, bo surrealizm operuje na rzeczywistych elementach świata, gdybym nie uwierzył to one, te elementy, nie byłyby rzeczywiste i o żadnym surrealizmie nie byłoby mowy. Oczywistość!

Śródpis 10. Myśląc nad tym, do jakiej to odmiany fantastyki zaliczyć można by „Dożywocie”, po raz kolejny spostrzegłem wielką lukę w określeniach. Mamy na przykład urban fantasy i rural fantasy. No fajnie, ale co zrobić z utworem, w którym bohater jest wielce mobilny? Odpowiedź jest banalnie prosta. Jeśli bohater jest w mieście, to utwór jest oczywiście urban, jeśli jest na wsi, to rural. Jeżeli jest poza tymi lokacjami, to mamy trzy możliwości: bliżej miasta niż wsi semiurban, bliżej wsi niż miasta – semirural, dokładnie równo od miasta i wsi – midway. Przy czym midway jest pojęciem uniwersalnym, odnosi się nie tylko do położenia geograficznego, ale także mentalnego. Ile razy bohater przysiada sobie, aby coś przemyśleć, to jest zwykle w połowie drogi, na ogół między jednym, a drugim głupim krokiem. Konrad był w każdym z tych położeń! Powieść jest więc wieloodmianowa, czyli łaciata.
Oczywiście zaproponowane przeze mnie podpododmiany są uniwersalne, nie dotyczą tylko fantastyki. Midway kryminał noir może być także ciekawy.

Czego oczekuję po utworze popkulturowym? Rozrywki! Marta Kisiel swoim „Dożywociem” dostarczyła mi jej tyle, ile trzeba, bym mógł uznać je za dobrą, a momentami nawet bardzo dobrą powieść popkulturową! Dała mi przede wszystkim okazję do wspaniałego, niewymuszonego śmiechu. Humor książki był dla mnie momentami prosty, zwykły, ludzki a czasami wyrafinowanie surrealistyczny. To wielka zaleta.
Czy dostałem coś jeszcze? Tak! To jednak mój własny (w sensie dla mnie), osobisty, zupełnie mimowolny dar, którego istnienia Ałtorka nawet się nie domyśla…

Książka poza wszystkim mówi o dojrzewaniu. Otóż moment, w którym Konrad zaczyna dojrzewać jest zapewne widoczny dla każdego inaczej. Wiele osób pisało o zmianie stosunku do Licha. Prawda, ale ja zobaczyłem to w zupełnie innym czasie. W pewnym momencie pojawia się Puk. Dlaczego się pojawia, to wiemy. Po co się pojawia? Ja mówię, że „Ona przyszła w zamiarach miłosnych”! Bo i też Konrad się w niej zakochuje przecież prawie natychmiast. Tak, tu kończy się ten pierwszy, najważniejszy etap dojrzewania Konrada! To moje subiektywne zdanie. Bo postać Puk jest tym mimowolnym darem dla mnie. Bo odkładając książkę miałem przed oczami jeden z moich ulubionych wierszy Teda Hughesa… Dziękuję…

[…] Ona podchodzi niema, bo nie umie używać słów
Płatkom kwiatów przynosi nektar owocom aksamitność
Przynosi narzutę z piór, tęczę ze świata zwierząt,
Przynosi swoje ulubione futra i to są jej przemowy.
Ona przyszła w zamiarach miłosnych i jedynie po to.
Gdyby nie było nadziei nigdy by nie przyszła
I nie byłoby płaczu wśród miasta
(Nie byłoby miasta).

Pieśń niewykluta
(Podpieśń Kruka)

przekład Teresa Truszkowska

Kończąc pragnę zaznaczyć, że pomimo kilku niewielkich pochwał pod adresem Ałtorki, muszę do tej miski z miodem dorzucić chochlę dziegciu. Otóż, nie wiedzieć czemu, Ałtorka nie spełniła podstawowych kryteriów koniecznych dla pełnej poprawności powieści. Dlaczego Ałtorka nie wprowadza odpowiedniej ilości dysput pomiędzy żeńskimi postaciami powieści? No jak tak można? Toż to jawny gwałt na poprawności. Panie mogłyby prowadzić śliczności rozmowy o czymkolwiek, z wyjątkiem rozmów o facetach naturalnie! Tłumaczenia, że Zmora głównie śpi, Rudolf zajmuje się rudolfiątkami, a Puk nie mówi(???) są infantylne. Owszem, zapraszanie do rozmowy Carmilli wydawać się może lekko ryzykowne, ale co one ludzkie kobiety, żeby się bać?

W ogóle konstrukcja postaci Puk woła o pomstę do Głebin. Postać jest nie do zaakceptowania dla prawie wszystkich (z wyjątkiem piszącego te słowa). Nie-mówiąca dziewczyna, to jest proszę Ałtorki oksymoron! Słucham? Że Ona jest inna, że jest niema? No i co z tego? Co to ma wspólnego z mówieniem? Każdy facet i każda feministka zarzuci to Ałtorce (chociaż z innych pozycji ideologicznych)!
Moje zdanie odrębne: Puk jest taka jak trzeba! Komunikacja interpersonalna nie ogranicza się do mówienia.

Ogłoszenia drobne
1. Po powtórnej publikacji tego wpisu ałtor, jeszcze bardziej niż za pierwszym razem, będzie niedostępny na czas niezbędny do uspokojenia co bardziej krewkich członków Łużowej Mafii.
2. Czy ekipa prowadząca DPT nie była przypadkiem w latach trzydziestych w Moskwie? Rodzaj zniszczeń występujących na końcu powieści sugeruje pewną spójność zachowań… Modus operandi prawie-że-identyczny.
3. Kiedy ukaże się „Siła Średnia”?
4. Dawno się tak dobrze nie bawiłem przy czytaniu.

Z przyjemnością dziękuję Aine za to, że w różowych okularach jako pierwsza męczyła się z czytaniem i polowaniem na, też różowe, błędy…

2 myśli na “Czytajcie, aż będzie wam łużowo.”

Odpowiedz na „Andrzej „Kruk” AppeltAnuluj pisanie odpowiedzi

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.